Gdzie jest tort?

18:30

Książkę ,,Gdzie jest tort?" i ,,Wielki Piknik" autorstwa Thé Tjong-Kinga kupiłam jeszcze przed narodzinami syna. Lubiłam ją przeglądać i wyobrażać sobie jak będę opowiadać historię.

,,Gdzie jest tort?" to pierwsza część obrazowej opowieści o przygodach Państwa Psytulińskich. Pani Psytulińska wystawiła przed domem, na odświętnym obrusie, smakowity tort wykończony różową polewą i wisienką. Chwila nieuwagi i smakołyk został porwany przez zuchwałe szczury. Rozpoczyna się gonitwa. Obok perypetii psiej rodziny poznajemy również problemy innych zwierząt zamieszkujących okolice. Na początku nieśmiało, gdzieś widać tajemniczy ogon, kaczkę z małymi, piłkę wybitą ponad konary drzew. W miarę przewracania stron przybywa bohaterów ich dzień zaczyna się komplikować, akcja nabiera tempa. Czy prosiaczek odnajdzie rodziców, czy kotka odzyska kapelusz, dlaczego króliczek płacze, do czego kameleonowi są potrzebne kwiaty, czy uda się odzyskać tort? Na ostatnich stronach wszystko staje się jasne. Bezpieczni i szczęśliwi możemy napawać się słońcem i w spokoju usiąść na trawie aby porozmawiać i ... opowiedzieć całą historię jeszcze raz i jeszcze raz. Może to być opowieść, w której będziemy śledzić dzień tylko jednego zwierzątka lub zagłębimy się w wiele wątków. To my stajemy się autorami dialogów i współtwórcami książki. Lubię picturebooki za to, że ośmielają do tworzenia własnych historii. Ilustracje Thé Tjong-Kinga są tylko podpowiedzią, nie są nachalne i nie epatują szczegółami. Dobre na początek przygód z książkami tego typu. Lubię podglądać mojego syna kiedy sam sięga po te tytuły i czasami długo zatrzymuje się nad jedną stroną. Przypomina to trochę kontemplację dzieł sztuki w muzeum. 
Jeśli rozsmakujecie się w ilustracjach Thé Tjong-Kinga, to na dokładkę polecam ,,Wielki piknik". Tym razem Pani Psytulińska upiekła aż dwa torty. Wszyscy mieszkańcy wybierają się na piknik. Kiedy docierają do celu okazuje się, że torty zniknęły. Zamiast zasłużonego odpoczynku zaczyna się dochodzenie, a radosną atmosferę pikniku psuje fala wzajemnych oskarżeń. Zrezygnowani wracają do lasu, niepodzianie udaje się odnaleźć torty i wszystko kończy się dobrze. 
Wśród książek obrazkowych te dwa tytuły wyróżnia wartka akcja i wątki, które łączą się w całość. Choć w tych ,,opowieściach" nie znajdziemy nawet jednego słowa zauważymy, że rozwijają, uczą i bawią nie tylko dzieci.

Wpis z cyklu 

Może spodoba Ci się również

6 komentarze

  1. Bardzo lubię takie książki bez słów, bo dają ogromne pole do popisu dla wyobraźni. U nas króluje w tym temacie ulica Czereśniowa :D
    Książeczki o których piszesz faktycznie wydają się być nie przeładowane szczegółami (w przeciwieństwie do np Miasteczka Mamoko, do którego jakoś nie mogę się przekonać). Nie dziwię się, że synek po nie sięga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubimy Ulicę Czereśniową, czeka w kolejce na opisanie. Mamoko kupiłam jakiś czas temu ale trzymam na górnej półce, syn wydaje mi się na nią jeszcze za mały.

      Usuń
  2. O lubimy,lubimy.Szczególnie ta myszkę,która zjadła za dużo tortu :) To zawsze jest przestroga dla mojej córki,żeby nie jeść tyle gum rozpuszczalnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, dozowanie słodyczy to zawsze trudny temat.

      Usuń
  3. Pięknie napisane o kontemplacji :) Uwielbiam patrzeć na twarz mojej córki, kiedy wpatrzona w książkę, zastyga, niemal czuję, jak jej wyobraźnia buszuje i wędruje bez granic... Bardzo zachęciłaś mnie tymi książkami, inspirujące ilustracje, dużo ruchu w obrazkach zamiast słów :) Dzięki za podzielenie się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś czas temu zrozumiałam, że trzeba dać dziecku czas, a ono samo nas zadziwi.

      Usuń